Coś dobrego na dzielni – jak paczka drożdży zmieniła Łagiewniki w pyszne miejsce
Coś dobrego na dzielni przy ulicy Armii Krajowej 25/1 skutecznie przypomniało o nieco zapomnianej bytomskiej dzielnicy – Łagiewniki. To właśnie tutaj Patrycja Kałuża wraz z ekipą tworzy smakowite wypieki, które rozchodzą się jak… świeże bułeczki, a na niektóre rarytasy trzeba wręcz zapisywać się wcześniej. A wszystko zaczęło się od pandemii i paczki drożdży.
Coś dobrego na dzielni – kwarantanna i drożdże
Co było główną inspiracją do otwarcia własnej piekarni-cukierni w Łagiewnikach?
Patrycja Kałuża: Początkowo myślałam o kawiarni – miejscu, gdzie można napić się cappuccino, zjeść ciastko, może gofra, wypić gorącą czekoladę. Sama jestem z Łagiewnik i wiedziałam, że tutaj brakuje takiego miejsca. Moje siostrzenice często mówiły: „Pati, fajnie by było, bo jak koleżanki do nas przyjeżdżają, to nie mamy gdzie wyjść”. I to do mnie trafiało. Chciałam stworzyć coś na pograniczu – trochę kawiarni, trochę piekarni, coś, co będzie naturalną częścią dzielnicy. Wiedziałam, że społeczność jest wymagająca i zatrzymana trochę w innym czasie. Chciałam zasiać tu ziarno nowego.
Wiem, że pandemia wpłynęła na Twoją decyzję o założeniu firmy – opowiedz proszę coś więcej.
PK: To był punkt zwrotny. W korporacji zaczęło się robić niewygodnie, a lockdown dał czas na myślenie. I wtedy – klasyka z pandemii – trafiła do mnie paczka drożdży. Ogromna! Miałam ją oddać koleżance, ale wzięła tylko kawałek. Musieliśmy wtedy zostać na trzy tygodnie kwarantanny w domu. Miałam dużo czasu, więc zaczęłam piec – chleb, bułki, drożdżówki. I się wkręciłam. Rodzina pomagała, sąsiedzi testowali. Potem szkolenia, książki, eksperymenty. I poczułam, że to jest to!
Czy pamiętasz swój rekord wypieków w domowych warunkach?
PK: Oczywiście! Trzynaście bochenków chleba w zwykłym piekarniku. Piekarnik chodził bez przerwy, rachunek z Tauron-u pamiętam do dziś, ale było warto – satysfakcja była ogromna. Robiłam to z pasji, nie z kalkulacji.
Coś dobrego na dzielni – początki
Jak wyglądały początki „Coś dobrego na dzielni”? Z lokalem poszło też szybko?
PK: W miarę naturalnie. Pierwszy lokal, który zobaczyliśmy, był strzałem w dziesiątkę. Wcześniej był tu monopolowy z okienkiem nocnym, potem second-hand. Kupiliśmy go – nie wynajęliśmy, co dało nam poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam też, że za ścianą jest bliźniaczy lokal – idealny na rozwój. W styczniu kupiliśmy go z myślą o zapleczu produkcyjnym i przestrzeni warsztatowej.
Dlaczego nie zdecydowałaś się stworzyć klasycznej kawiarni ze stolikami i obsługą kelnerską?
PK: Bo to nie jest centrum miasta. Tu nie ma przepływu ludzi „przy okazji”. Ludzie przychodzą specjalnie, po coś konkretnego. Poza tym taka przestrzeń wymaga toalety, porcelany, dodatkowej obsługi. Zdarzają się osoby, które przysiądą na chwilę, zjeść na miejscu, przejrzeć wiadomości w telefonie lub wysłać maila, ale nie ma ich aż tak dużo.
Czy miałaś moment zwątpienia, że może to się nie uda?
PK: Nie. Ani razu. Nie położyłam się spać z myślą „a co jeśli się nie uda?”. Mam ogromne zaufanie do siebie i ludzi wokół. Praca w korporacji nauczyła mnie, że zawsze da się wymyślić coś nowego, że zmiany są naturalne. Gdyby coś poszło nie tak – reorganizuję, szukam planu B, działam. To moje podejście.
Co się piecze?
Co pieczecie najczęściej? Które wypieki są hitami?
PK: W sezonie królową jest jagodzianka – robimy ją non stop. Mamy też kardashianki, czyli nasze drożdżówki z kardamonem – ludzie pytają o nie, robią zdjęcia, komentują nazwę. Nazwa wzięła się z żartu – koleżanka rzuciła: „Wy na tej dzielni to jak te Kardashianki!” i tak zostało! W cieście jest kardamon, więc wszystko się zgrało. Hitem jest też rolls z pistacją i maliną, i oczywiście chleb cheddar-jalapeño, który pieczemy w każdą sobotę.
Co z klasyką? Czy można u Was kupić tradycyjny chleb?
PK: Zawsze. Mamy chleb pszenny bez dodatków, chleby żytnie, bułki, bagietki. Pieczywo robimy metodą na garze chłodnym – fermentacja przez noc w lodówce. Tu ogromne znaczenie ma temperatura – przy 18°C ciasto pracuje inaczej niż przy 25°C. Muszę obserwować, czuć, decydować – tego nie nauczy Cię żadna książka.
A skoro o pieczywie mowa – w czym czujesz się najmocniejsza?
PK: Bajgle. Naprawdę – czuję je najmocniej. Wiem, jak się zachowuje ciasto w każdej pogodzie. Dziewczyny mówią, że nie mam sobie równych – i chyba coś w tym jest. To też ulubiony wypiek moich dzieci, szczególnie syna Karola. Mam więc do nich szczególny sentyment. Oprócz bajgli blisko mego serca jest każdy rodzaj chleba, czy to pszenny graham czy żyto, po prostu lubimy się nawzajem (śmiech). Wiem dokładnie, od czego się to wszystko zaczęło i chyba dlatego tak jest.
Jak testujecie nowe wypieki? Kto jest pierwszym degustatorem?
PK: Najpierw my – zespół. Przekrajamy, analizujemy smak, strukturę. Potem testuje mój narzeczony Kamil – ekspert od focacci. Je codziennie, więc jego opinia jest bezcenna. Czasem wystawiamy na „desce degustacyjnej” próbki dla klientów – chcemy, żeby ludzie czuli, że są częścią tego procesu.
A co z cateringiem – wspominałaś, że to Twoje nowe ulubione zajęcie?
PK: Tak! Robimy boksy degustacyjne – mini wersje wypieków: kanapki na naszym chlebie, drożdżówki, croissanty, bezy. Klienci są zachwyceni. Wszystko estetyczne, różnorodne, do podziału. To dla mnie najfajniejsza forma – bo pokazuje przekrojowo to, co robimy najlepiej.
Lokalna społeczność, rodzina i plany na przyszłość
Czy ktoś z rodziny wspiera Cię w tej działalności?
PK: Oczywiście. Kamil – mój narzeczony – najpierw wstawał o drugiej, żeby nagrzać piekarnik, teraz ogarnia remont, logistykę, mąki. Jest moim partnerem, przyjacielem i tym dobrym policjantem w relacjach z zespołem. Poza tym jedna z moich siostrzenic Olivia pracuje z nami na froncie z Klientem, a druga – Maja – często wspiera nas przy wypieku ciasteczek, które potem dekorujemy lukrem królewskim i tworzymy je na różne okazje. A siostra robi mi najlepszy marketing w social mediach i wśród swoich znajomych. A mama? Cudowna. Jej „ciasto Babci Marysi” – kruchy spód, beza, orzechy, czekolada – to klasyk. Jej koleżanki z Huty Zygmunt przychodzą specjalnie po nie i mówią: „To to ciasto od Marysi!”
Co najbardziej cenisz w lokalnej społeczności?
PK: Ich szczerość. Jak coś im się nie podoba – powiedzą. Ale też wspierają. Wracają po rzeczy z dzieciństwa, pytają, dziękują. To nie jest moda, to relacja. „Coś dobrego” to naprawdę miejsce z dzielni, dla dzielni.
Zdradź proszę co szykujecie w nowej przestrzeni?
PK: Rozwijamy głównie zaplecze produkcyjne, potrzebujemy przestrzeni do pracy i do przechowywania większej ilości produktów niż na początku działalności. Przyda się też kącik do „nagrywek” na sociale. Na tym chcemy się skupić i o ten element zadbać. Co będzie dalej? Zobaczymy. Nasze głowy są przepełnione różnymi wariacjami i marzeniami, a że lubimy te marzenia spełniać, to jeszcze nie raz umówimy się pewnie na wywiad (śmiech). Miejsce pracy ma być funkcjonalne i inspirujące.
Czy określenie „kraftowa piekarnia” Ci odpowiada?
PK: Wolę rzemieślnicza. Kraftowe brzmi modnie, ale u nas wszystko jest od podstaw, z ręki, z serca. Sezonowe, lokalne, uczciwe. Dla mnie to właśnie rzemiosło.
Dziękuję za rozmowę.










