Dziadek do Orzechów. Rodzinna restauracja, którą uratowały pasja, Magda Gessler i… jeden SMS
Dziadek do Orzechów w Bytomiu miał być kolejnym rodzinnym lokalem serwującym dobrą, śląską kuchnię. Przez lata zdobywała wiernych Gości, ale przyszedł moment, kiedy jej przyszłość stanęła pod dużym znakiem zapytania. Problemy kadrowe, malejące dochody i coraz trudniejsze prowadzenie biznesu sprawiły, że właściciele poważnie zastanawiali się nad zamknięciem restauracji. Wszystko zmienił… jeden SMS. O historii tego miejsca rozmawiamy z Panem Tomaszem Kimakiem, menadżerem restauracji i synem jej założycieli.
Dziadek do Orzechów – rodzinny biznes z historią
Na początku proszę powiedzieć kilka słów o sobie.
Tomasz Kimak: Nazywam się Tomasz Kimak i razem z żoną prowadzę restaurację. Założyli ją moi rodzice – Janina i Władysław. Tata odszedł w ubiegłym roku, ale nadal kontynuujemy to, co wspólnie stworzyli. To dla nas coś znacznie więcej niż tylko miejsce pracy.
Sama nazwa restauracji ma bardzo ciekawą historię.
TK: I powstała całkowicie spontanicznie. Kiedy z mamą załatwialiśmy formalności związane z otwarciem lokalu, urzędniczka zapytała o nazwę restauracji. Problem polegał na tym, że… jeszcze jej nie wymyśliliśmy. Przypomnieliśmy sobie ogromny orzech rosnący przed budynkiem. To drzewo przetrwało cały remont i odbudowę obiektu. Tak narodziła się nazwa Pod Orzechem. Dzisiaj restauracja funkcjonuje jako Dziadek do Orzechów, ale to właśnie ten orzech stał się symbolem całego miejsca.
Mało kto wie, że wcześniej nie było tu restauracji. To był zwykły budynek mieszkalny. Przeszedł kapitalny remont i praktycznie od podstaw został przystosowany do gastronomii. To była ogromna inwestycja, ale od początku wiedzieliśmy, że właśnie tutaj chcemy stworzyć miejsce dla rodzinnych spotkań.
Dobra kuchnia to jedno, ale prowadzenie restauracji to dziś znacznie więcej.
TK: Zdecydowanie. Od początku słyszeliśmy od Gości, że jedzenie jest bardzo dobre. Problem polegał na tym, że niewiele osób o nas wiedziało. Jesteśmy w Stolarzowicach, trochę na uboczu. Obok przebiega ruchliwa droga krajowa, codziennie przejeżdżają tysiące samochodów, ale wielu kierowców zauważa restaurację dopiero wtedy, kiedy jest już za późno, żeby skręcić. Dlatego promocja okazała się równie ważna jak samo gotowanie.
Dziadek do Orzechów – Kuchenne Rewolucje
Był jednak moment, kiedy restauracja mogła przestać istnieć.
TK: To był bardzo trudny czas. Mieliśmy ogromne problemy z personelem. Restauracja przestawała przynosić dochody i naprawdę rozważaliśmy zamknięcie lokalu albo całkowitą zmianę działalności. Pamiętam, że byłem wtedy z synem na nartach. Staliśmy w kolejce na wyciąg i pomyślałem: „Spróbuję jeszcze jednej rzeczy”. Napisałem wiadomość do programu Kuchenne Rewolucje.
I oddzwonili?
TK: Następnego dnia. Do dziś jestem zaskoczony, jak szybko to się potoczyło. Planowaliśmy dwutygodniową przerwę po świętach, a skończyło się na trzech miesiącach przygotowań do programu.
Co najbardziej zmieniły Kuchenne Rewolucje?
TK: Przede wszystkim zaczęliśmy wszystko od nowa. Powstał zupełnie nowy zespół. Nowa kuchnia, nowa obsługa, nowe podejście. Można powiedzieć, że otwieraliśmy restaurację drugi raz. Oczywiście ogromne znaczenie miała również rozpoznawalność. Po emisji programu nastąpił prawdziwy boom. Do dziś, kiedy telewizja przypomina nasz odcinek, od razu odczuwamy większy ruch. Przyjeżdżają Goście z różnych zakątków Polski. Chcą zobaczyć miejsce, które znają z telewizji, ale przede wszystkim chcą sprawdzić, czy jedzenie rzeczywiście jest tak dobre.
Co zjemy i czego się napijemy?
No właśnie. Co koniecznie trzeba zamówić podczas pierwszej wizyty?
TK: Bez zastanowienia odpowiem: roladę. To nasze najbardziej rozpoznawalne danie i jestem przekonany, że trudno znaleźć drugą taką w okolicy. Do tego świeże kluski śląskie i modra kapusta – klasyczny śląski obiad, który od lat cieszy się ogromnym powodzeniem. Goście bardzo chwalą również rosół gotowany na trzech rodzajach mięsa, schabowego z kością oraz naszego autorskiego Kotleta Dziadka z jajkiem i pieczarkami.
Skąd bierzecie produkty?
TK: To dla nas bardzo ważny temat. Mięso kupujemy od niewielkich, lokalnych producentów. Nie idziemy na skróty i nie wybieramy masowej produkcji. Tak samo jest z rybami – współpracujemy z gospodarstwami rybackimi i staramy się serwować świeże ryby słodkowodne. Goście naprawdę wyczuwają tę różnicę.
Wszystko wskazuje na to, że podobną zasadę stosujecie również przy deserach.
TK: Dokładnie. Bardzo często słyszymy pytanie, z której cukierni sprowadzamy ciasta. Odpowiedź zawsze jest taka sama – z żadnej. Wszystkie desery przygotowujemy sami. Pieczemy serniki, jabłeczniki, robimy monodesery, a nawet własny chleb podawany do wybranych dań. Mamy świetną szefową kuchni w postaci Pani Sylwii.
A coś do picia?
TK: Poza klasyczną ofertą mamy coś, czym niewiele lokali może się pochwalić. Od lat serwujemy lane piwo Guinness. Mamy wielu stałych Gości, którzy przyjeżdżają specjalnie właśnie po nie.
Dziadek do Orzechów to także miejsce dla rodzin?
TK: Bardzo nam na tym zależy. Najmłodsi Goście od razu dostają kolorowanki i kredki, mamy specjalne menu dla dzieci, a prawdziwym hitem jest nasz autorski napój Gumisiowy. Dzięki temu wszyscy mogą spokojnie zjeść obiad, a dzieci zwyczajnie dobrze się bawią.
Plany Dziadka do Orzechów
Co dalej? Jakie są plany?
TK: Nie zwalniamy tempa. Chcemy rozbudować ogródek i stworzyć zadaszoną przestrzeń, z której będzie można korzystać praktycznie przez cały rok. Planujemy również powrót Urodzin Orzecha – wydarzenia, które przez lata przyciągało mieszkańców koncertami i wspólną zabawą.
Na koniec moje ulubione pytanie – czego Wam życzyć?
TK: Na koniec tradycyjne pytanie Bytom Pięknie Je. Czego możemy Państwu życzyć? Zdrowia i jak najwięcej zadowolonych Gości. Bo właśnie ich uśmiech daje nam największą satysfakcję i motywację do dalszej pracy.
Dziękuję za rozmowę.











